sobota, 18 stycznia 2014

Każdy jest stworzony do innych celów. Ja jestem stworzona by cierpieć.

Usiadłam w najciemniejszym kącie kuchni i rozejrzałam się. Galaretka stojąca na blacie bezszelestnie drżała jak moje wnętrze, które starało się dać do zrozumienia, że nie wytrzyma dłużej z tęsknoty, która uchodziła ze mnie jak powietrze z pękniętego balonika. Tłumione łzy zaciskały moje gardło, a wspomnienia, które tak bardzo chciałam zachować powoli się zacierały. Odetchnęłam głęboko i chwiejnym krokiem ruszyłam w stronę okna, energicznym ruchem odsłaniając zasłony. Wschodzące słońce wpadło przez brudną szybę, a jego promienie zaczęły tańczyć po pokoju delikatnie muskając moje ciało. Nie wytrzymałam dłużej i uroniłam łzę. Jedną... Nie setki, a jedną... Usłyszałam jak ta mała kropelka spadła na podłogę i rozprysnęła się na miliard mniejszych. Ironia losu uzmysłowiła mi, że to samo niedawno stało się z moim sercem. Kardiolodzy na całym świecie byliby zapewne zainteresowani moim przypadkiem. Jak żyje się z roztrzaskanym sercem? W zasadzie się nie żyje. Jesteś,ale tak jakby cię nie było. Chodzisz struty, prawie nie wychodzisz z domu, unikasz ludzi...Małe kawałki serca nie są w wstanie tłoczyć krwi, krew nie dopływa do mózgu, a jego niedotlenienie powinno sprawić, że umieramy. Ja jednak wciąż żyję, a żeby to sobie uzmysłowić  uchyliłam okno, by wpuścić trochę ciepłego, letniego powietrza. Oparłam głowę o szybę, a na policzku czułam jak wiatr delikatnie muska moją skórę. Trwałam w bezruchu przypominając sobie poranek, w którym patrzyliśmy sobie w oczy,  dusi mnie w środku, że niema go teraz przy mnie. I nawet nadzieja, że "będzie dobrze" zniknęła. Nie umiem żyć bez niego i nie chcę żyć bez niego...Odeszłam od szyby i położyłam się na kanapie. Wpatrując się w jeden punkt oglądałam kurz, który odtańczył swój taniec w pokoju. Każda nawet najmniejsza rzeczy przypominała mi o jego istnieniu. Uniosłam dłoń i palcem w powietrzu napisałam jego imię. Po raz pierwszy czułam się tak bardzo samotna, tak bardzo niekochana i odrzucona...Wtedy znów pomyślałam o zniknięciu.... Bo widzicie, gdy nie mamy osoby, która nas kocha zaczynamy się smucić. Snujemy się po mieszkaniu stając się własnym cieniem. Smutek przeradza się w depresję, a od depresji już łatwa droga do odebrania sobie życia, a więc trzeba znaleźć osobę z którą będzie się szczęśliwym, która będzie nas kochać.  Ja takiej nie mam, a wiec ZNIKNĘŁAM....

3 komentarze:

  1. Świetnie się czyta, przygnębiające, ale cudne ♥

    OdpowiedzUsuń
  2. Pierwszy raz weszłam na tego bloga i chyba będę zaglądać tu częściej. Powodzenia w pisaniu :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Bardzo fajne przeczytałam i bardzo mi się spodobało :-)

    OdpowiedzUsuń