niedziela, 7 grudnia 2014
Każdy przecież żyje z jakimś przekleństwem, sęk w tym, by próbować te przekleństwa w życiu minimalizować, a ona nie potrafiła zminimalizować miłości. Miłości, która wyniszczała ją dzień po dniu, a jednocześnie dawała siłę, by stawić czoła światu...
Jej zmęczone ciało runęło na łóżko. Zamknęła na chwilę oczy, wyobrażając sobie, że on leży obok. Wtulony w nią tak mocno, że czuje jego równomierny oddech na swojej cienkiej i bladej szyi. Mimowolnie się uśmiechnęła na samą myśl, że mogłaby być tak blisko niego. Otworzyła oczy i przystawiając do nosa rękaw jego bluzy, którą miała na sobie mocno się zaciągnęła. Nie potrafiła opisać jego zapachu. Zawsze miała z tym problem... Wiedziała tylko, że jest jego. Zmysłowy, delikatny i jego. Mężczyzny, który od kilku miesięcy zaprzątał jej głowę, uporczywie trzymając się każdej myśli. Nawet ze sobą nie byli, a już podporządkowała mu całe swoje życie. Budziła się z jego imieniem na ustach, korzystając z porannej toalety myślała czy już się obudził, wychodząc z domu pisała mu sms'a na "dzień dobry", wchodząc do pobliskiej kawiarenki i kupując swoją ulubioną kawę przez okno spoglądała na drugą stronę ulicy patrząc w jego zasłonięte brązową roletą okno, siedząc na wykładach nie mogła się skupić nad notatkami i prędzej czy później każda strona urozmaicona była różnego rodzaju serduszkami i jego inicjałami, jedząc lunch patrzyła na pobliskie pary siedzące przy stolikach i wyobrażała sobie, że i on siedzi teraz obok niej... I w tym tkwił problem. Za dużo sobie wyobrażała. Zawsze była marzycielką, ale teraz...Teraz nie tylko chciała marzyć, ale podążać do zrealizowania tego marzenia. Niestety za każdym razem, gdy wydawało się jej, że jest już bliska osiągnięcia celu on szybko sprowadzał ją na ziemię. Sukinsyn był twardy. Apodyktyczny, zadufany w sobie, czasem zbyt pewny siebie, kompletnie niekompatybilny drań pozbawiony jakichkolwiek uczuć, i spełniający tylko swoje potrzeby oraz zachcianki, ale właśnie takiego go kochała. Miał w sobie to coś co nie pozwalało jej o nim zapomnieć. Coś co sprawiało, że po tylu upokorzeniach jakie jej serwował i ostrych słowach, które wypowiadał wracała do niego jak bumerang, upokarzając się przy tym jak nigdy wcześniej. Nie można było nazwać jej nawet jego przyjaciółką, a co dopiero dziewczyną.W zasadzie nie ma odpowiedniego określenia. Ona po prostu była. Była zawsze na każde jego skinienie, każdego sms'a, każdego maila i zawsze towarzyszyła jej ta pieprzona nadzieja, że może właśnie dzisiaj tego dziwnego do rozgryzienia człowieka, niepotrafiącego nikogo obdarzyć uczuciem ukuje coś w sercu i wpuści ją do niego pozwalając jej zostać na dłużej niż jedną noc. Wierzyła, że może go zmienić. Wierzyła, bo czasem widziała jak coś w nim pęka. Jak na nią patrzy.. Czuła, że traktuje ją inaczej niż inne, albo po prostu chciała to czuć.. Jej przekleństwem była miłość do niego. Każdy przecież żyje z jakimś przekleństwem, sęk w tym, by próbować te przekleństwa w życiu minimalizować, a ona nie potrafiła zminimalizować miłości. Miłości, która wyniszczała ją dzień po dniu, a jednocześnie dawała siłę, by stawić czoła światu...
Subskrybuj:
Posty (Atom)