Zaklęte ciało człowieka, wypełnione grzechem, który każdy sam za siebie musi prowadzić.
poniedziałek, 28 grudnia 2015
Świat po raz kolejny udowodnił jej, że nic nie trwa wiecznie i, że nie zasługuje na szczęście.
Leżała na łóżku badawczo przyglądając się swoim palcom na których widniały dwa pamiętne pierścionki. Odetchnęła głęboko i zdjęła je rzucając z impetem w najdalszy kąt pokoju. W jej brązowych oczach pojawiły się łzy.
- Raz, dwa, trzy... - zaczęła odliczać sekundy zgodnie z cykaniem starego zegara, który był jednym z tych rzeczy, które trzymała w pokoju, bo ładnie się komponowały z resztą. - 16, 17... - ciągnęła dalej coraz mocniej zaciskając oczy. Czuła jak łzy spływają po jej policzkach. Liczenie nie pomogło. Zerwała się na równe nogi i biorąc jedną ze swoich pand wcisnęła się w kont pomiędzy komodą, a lampką nocną, którą od razu zgasiła. Zawsze to robiła gdy chciała zniknąć. Już jako mała dziewczynka gdy płakała brała swoją ulubioną zabawkę pod pachę, barykadowała drzwi swojego pokoju krzesełkiem, wchodziła do swojej wielkiej niebieskiej szafy i kładąc się wśród ubrań po cichu szlochała czekając, aż usłyszy upadające krzesełko i ciepły głos swojego taty, który bez namysłu wyciągnie ją i jednym uściskiem sprawi, że już nie będzie chciała być sama. Jednak z biegiem czasu jej tata przestał przychodzić, a jego uścisk już nie posiadał magicznych zdolności uleczania jej złamanego serca. Teraz jej serce mógł uleczyć tylko ten sam mężczyzna, który jej je złamał. Siedziała, więc w ciemnościach swojego pokoju i zanosząc się płaczem wtulała głowę w wielką maskotkę, która pod wpływem jej łez robiła się coraz bardziej wilgotna.
- Jeden, dwa, trzy... - spróbowała ponownie jednak nie doliczyła nawet do pięciu.
Kochała go. Cholernie go kochała i tak mocno jak go kochała tak bardzo się na nim zawiodła. Zaczęło się od drobnych kłótni, potem one przerodziły się w awantury, pretensje, wyrzuty i kompletny brak zrozumienia dla jej problemów. W zasadzie nawet nie była w stanie stwierdzić kiedy to wszystko zaczęło się tak walić. Nagle wszystko zaczęło mu w niej przeszkadzać. Nagle przestał się starać, a ona w jego oczach zamiast miłości widziała tłumione zmęczenie. W końcu i w niej coś pękło...
Popatrzyła na pandę, którą tak mocno ściskała. Od razu przypomniała sobie moment w którym ją dostała. Wtedy czuła się najszczęśliwszą osobą na ziemi. Teraz po prostu chciała zniknąć, pewna, że już nigdy nie będzie tak szczęśliwa i, że nikt nie będzie jej w stanie pokochać. Świat po raz kolejny udowodnił jej, że nic nie trwa wiecznie i, że nie zasługuje na szczęście.
niedziela, 7 grudnia 2014
Każdy przecież żyje z jakimś przekleństwem, sęk w tym, by próbować te przekleństwa w życiu minimalizować, a ona nie potrafiła zminimalizować miłości. Miłości, która wyniszczała ją dzień po dniu, a jednocześnie dawała siłę, by stawić czoła światu...
Jej zmęczone ciało runęło na łóżko. Zamknęła na chwilę oczy, wyobrażając sobie, że on leży obok. Wtulony w nią tak mocno, że czuje jego równomierny oddech na swojej cienkiej i bladej szyi. Mimowolnie się uśmiechnęła na samą myśl, że mogłaby być tak blisko niego. Otworzyła oczy i przystawiając do nosa rękaw jego bluzy, którą miała na sobie mocno się zaciągnęła. Nie potrafiła opisać jego zapachu. Zawsze miała z tym problem... Wiedziała tylko, że jest jego. Zmysłowy, delikatny i jego. Mężczyzny, który od kilku miesięcy zaprzątał jej głowę, uporczywie trzymając się każdej myśli. Nawet ze sobą nie byli, a już podporządkowała mu całe swoje życie. Budziła się z jego imieniem na ustach, korzystając z porannej toalety myślała czy już się obudził, wychodząc z domu pisała mu sms'a na "dzień dobry", wchodząc do pobliskiej kawiarenki i kupując swoją ulubioną kawę przez okno spoglądała na drugą stronę ulicy patrząc w jego zasłonięte brązową roletą okno, siedząc na wykładach nie mogła się skupić nad notatkami i prędzej czy później każda strona urozmaicona była różnego rodzaju serduszkami i jego inicjałami, jedząc lunch patrzyła na pobliskie pary siedzące przy stolikach i wyobrażała sobie, że i on siedzi teraz obok niej... I w tym tkwił problem. Za dużo sobie wyobrażała. Zawsze była marzycielką, ale teraz...Teraz nie tylko chciała marzyć, ale podążać do zrealizowania tego marzenia. Niestety za każdym razem, gdy wydawało się jej, że jest już bliska osiągnięcia celu on szybko sprowadzał ją na ziemię. Sukinsyn był twardy. Apodyktyczny, zadufany w sobie, czasem zbyt pewny siebie, kompletnie niekompatybilny drań pozbawiony jakichkolwiek uczuć, i spełniający tylko swoje potrzeby oraz zachcianki, ale właśnie takiego go kochała. Miał w sobie to coś co nie pozwalało jej o nim zapomnieć. Coś co sprawiało, że po tylu upokorzeniach jakie jej serwował i ostrych słowach, które wypowiadał wracała do niego jak bumerang, upokarzając się przy tym jak nigdy wcześniej. Nie można było nazwać jej nawet jego przyjaciółką, a co dopiero dziewczyną.W zasadzie nie ma odpowiedniego określenia. Ona po prostu była. Była zawsze na każde jego skinienie, każdego sms'a, każdego maila i zawsze towarzyszyła jej ta pieprzona nadzieja, że może właśnie dzisiaj tego dziwnego do rozgryzienia człowieka, niepotrafiącego nikogo obdarzyć uczuciem ukuje coś w sercu i wpuści ją do niego pozwalając jej zostać na dłużej niż jedną noc. Wierzyła, że może go zmienić. Wierzyła, bo czasem widziała jak coś w nim pęka. Jak na nią patrzy.. Czuła, że traktuje ją inaczej niż inne, albo po prostu chciała to czuć.. Jej przekleństwem była miłość do niego. Każdy przecież żyje z jakimś przekleństwem, sęk w tym, by próbować te przekleństwa w życiu minimalizować, a ona nie potrafiła zminimalizować miłości. Miłości, która wyniszczała ją dzień po dniu, a jednocześnie dawała siłę, by stawić czoła światu...
wtorek, 15 kwietnia 2014
W bezkresnej otchłani cierpień otacza mnie przerażający krzyk ciszy...
Budzisz się w środku nocy, a twoje ciało przeszywa przerażający dreszcz. W gardle czujesz ogromną suchą kulkę. Siadasz na łóżku i przecierasz oczy, aby przyzwyczaiły się do otaczającej cię ciemności. W całym domu panuje całkowita cisza, słyszysz tylko powolne cykanie zegara. Wzdychasz głośno i stopami przejeżdżasz po zimnej podłodze na czuja szukając swoich kapci. Chwiejnym krokiem ruszasz w stronę drzwi, łapiesz za klamkę i zdecydowanym ruchem otwierasz je. Przez chwilę patrzysz w ciemną otchłań w którą za moment z własnej woli wejdziesz. Powoli stawiasz pierwszy krok, a w tym samym momencie czujesz delikatny powiew zimnego powietrza. Masz dziwne przeczucie, że za moment wydarzy się coś złego, cofasz się i znów patrzysz na ciemny korytarz. Śmiejesz się, że znowu dajesz ponieść się własnej fantazji, jednak masz to dziwne przeczucie, intuicja unieruchamia cię i nie pozwala iść dalej. Stoisz tak parę sekund i uświadamiasz sobie, że możesz zapalić światło. Podchodzisz do włącznika i usilnie próbujesz uruchomić swoje wybawienie. Czyżby nie było prądu?
Wyglądasz przez okno. Latarnie na ulicach także się nie palą. Cała okolica pogrążona jest w głębokim śnie. Znów podchodzisz do drzwi i tym razem szybko przechodzisz próg, odgradzający twój pokój od korytarza. Masz nieodparte wrażenie, że ktoś tu na ciebie czeka, że ktoś cię obserwuje. Znów powoli cofasz się i wpadasz na zamknięte drzwi. Co jest grane? Przecież ich nie zamykałeś...
Nadaremno próbujesz je otworzyć. Odwracasz się i ze strachem w oczach patrzysz przed siebie. Wiesz,że nie ma już odwrotu. Coś chce byś poszedł dalej. Robisz to. Jednak bezkresna ciemność zdaje się nie mieć końca. Żadnych drzwi, żadnych ścian. Kompletna pustka. Odwracasz się, by zobaczyć jak daleko odszedłeś. Okazuje się, że drzwi od twojego pokoju cały czas są dokładnie za tobą. Tak jakbyś nigdzie nie odchodził. Żałujesz swojej wcześniejszej decyzji i zmęczony na chwilę siadasz przy drzwiach, nasłuchując odgłosów przerażającej ciszy. Jakiś szept dochodzący z ciemności stawia cię na nogi. Z desperacji jeszcze raz szarpiesz za klamkę. Zimne powietrze jest już tak silne, że oddychając widzisz parę wydobywającą się z twoich ust i nosa. W pewnym momencie czujesz na swoim ramieniu czyjąś lodowatą dłoń. Stajesz jak wryty powtarzając sobie, że to wszystko nie dzieje się naprawdę, że to niemożliwe. Z mocno zaciśniętymi oczami odwracasz się i czekasz na najgorsze...
Otwierasz oczy. Wokół ciebie nie ma nic oprócz ciemności. Drzwi, które do tej pory cały czas były z tobą także zniknęły. Masz dość. Po policzku spływają ci łzy. Jeszcze raz dokładnie się rozglądasz. W oddali po twojej lewej stronie zauważasz czyjąś sylwetkę. Osoba ta jest niewyobrażalnie wysoka i przerażająco chuda. Powolnym krokiem zbliża się do ciebie cała przy tym dygocząc. Wiesz, że powinieneś uciekać, ale twoje nogi odmawiają posłuszeństwa. Przerażony stoisz i czekasz na najgorsze. Przyglądasz się nieznanemu bytowi, który im bliżej jest tym dokładniej słychać brzdęk łańcucha, który ma zawieszony wokół swojej niewyobrażalnie chudej szyi. Twoje serce bije jak oszalałe, masz ochotę krzyczeć i błagać o pomoc jednak klucha, która ugrzęzła w twoim gardle nie pozwala ci wydusić z siebie nawet najcichszego pisku. Istota w końcu jest tak blisko, że możesz przyjrzeć jej się uważniej. Trupio blada cera i twarz nieposiadająca oczu, a zamiast nosa mająca malutkie dwie kropki przyprawia cię o mdłości. Odwracasz na chwilę wzrok i w myślach powtarzasz słowa jakiejś modlitwy,która przychodzi ci na myśl. Twój kat wyciąga ku tobie swoją chudą i długą rękę delikatnie gładząc cię po policzku. Lodowaty dotyk sprawia, że na twojej skórze pojawiają się ciarki. Nieznany byt lekko przechyla głowę i sprawia wrażenie jakby patrzył w twoje załzawione oczy. Słyszysz jego szyderczy śmiech, a na swojej szyi czujesz mocny ucisk. Przydusza cię, podnosząc cię przy tym do góry. Bezwładnie wymachujesz nogami próbując się uwolnić ze śmiertelnego uścisku. Twoje oczy zachodzą krwią. W klatce piersiowej czujesz okropny ból, który powoli rozchodzi się po całym twoim ciele. Wiesz, że umierasz. Wiesz, że jesteś sam na sam z katem. Wiesz, że nikt ci nie pomoże. I gdy już powoli godzisz się z własną śmiercią w oddali zauważasz małe światełko zbliżające się w waszą stronę, a uścisk nieznanego bytu powoli traci na sile. Upadasz na ziemię i przez chwile wydaje ci się, że brodzisz w błocie. Jesteś zupełnie sam. Istota zniknęła. Rozpłynęła się w powietrzu. Stajesz na nogi, a przed sobą widzisz drzwi. Sądząc, że nie masz nic do stracenia ostrożnie do nich podchodzisz, a dłonią delikatnie przejeżdżasz po klamce jeszcze chwilę się wahając. Otwierasz je, a wielka struga światła wychodząca z nich cię oślepia. Znów budzisz się w środku nocy, a twoje ciało przeszywa przerażający dreszcz...
Wyglądasz przez okno. Latarnie na ulicach także się nie palą. Cała okolica pogrążona jest w głębokim śnie. Znów podchodzisz do drzwi i tym razem szybko przechodzisz próg, odgradzający twój pokój od korytarza. Masz nieodparte wrażenie, że ktoś tu na ciebie czeka, że ktoś cię obserwuje. Znów powoli cofasz się i wpadasz na zamknięte drzwi. Co jest grane? Przecież ich nie zamykałeś...
Nadaremno próbujesz je otworzyć. Odwracasz się i ze strachem w oczach patrzysz przed siebie. Wiesz,że nie ma już odwrotu. Coś chce byś poszedł dalej. Robisz to. Jednak bezkresna ciemność zdaje się nie mieć końca. Żadnych drzwi, żadnych ścian. Kompletna pustka. Odwracasz się, by zobaczyć jak daleko odszedłeś. Okazuje się, że drzwi od twojego pokoju cały czas są dokładnie za tobą. Tak jakbyś nigdzie nie odchodził. Żałujesz swojej wcześniejszej decyzji i zmęczony na chwilę siadasz przy drzwiach, nasłuchując odgłosów przerażającej ciszy. Jakiś szept dochodzący z ciemności stawia cię na nogi. Z desperacji jeszcze raz szarpiesz za klamkę. Zimne powietrze jest już tak silne, że oddychając widzisz parę wydobywającą się z twoich ust i nosa. W pewnym momencie czujesz na swoim ramieniu czyjąś lodowatą dłoń. Stajesz jak wryty powtarzając sobie, że to wszystko nie dzieje się naprawdę, że to niemożliwe. Z mocno zaciśniętymi oczami odwracasz się i czekasz na najgorsze...
Otwierasz oczy. Wokół ciebie nie ma nic oprócz ciemności. Drzwi, które do tej pory cały czas były z tobą także zniknęły. Masz dość. Po policzku spływają ci łzy. Jeszcze raz dokładnie się rozglądasz. W oddali po twojej lewej stronie zauważasz czyjąś sylwetkę. Osoba ta jest niewyobrażalnie wysoka i przerażająco chuda. Powolnym krokiem zbliża się do ciebie cała przy tym dygocząc. Wiesz, że powinieneś uciekać, ale twoje nogi odmawiają posłuszeństwa. Przerażony stoisz i czekasz na najgorsze. Przyglądasz się nieznanemu bytowi, który im bliżej jest tym dokładniej słychać brzdęk łańcucha, który ma zawieszony wokół swojej niewyobrażalnie chudej szyi. Twoje serce bije jak oszalałe, masz ochotę krzyczeć i błagać o pomoc jednak klucha, która ugrzęzła w twoim gardle nie pozwala ci wydusić z siebie nawet najcichszego pisku. Istota w końcu jest tak blisko, że możesz przyjrzeć jej się uważniej. Trupio blada cera i twarz nieposiadająca oczu, a zamiast nosa mająca malutkie dwie kropki przyprawia cię o mdłości. Odwracasz na chwilę wzrok i w myślach powtarzasz słowa jakiejś modlitwy,która przychodzi ci na myśl. Twój kat wyciąga ku tobie swoją chudą i długą rękę delikatnie gładząc cię po policzku. Lodowaty dotyk sprawia, że na twojej skórze pojawiają się ciarki. Nieznany byt lekko przechyla głowę i sprawia wrażenie jakby patrzył w twoje załzawione oczy. Słyszysz jego szyderczy śmiech, a na swojej szyi czujesz mocny ucisk. Przydusza cię, podnosząc cię przy tym do góry. Bezwładnie wymachujesz nogami próbując się uwolnić ze śmiertelnego uścisku. Twoje oczy zachodzą krwią. W klatce piersiowej czujesz okropny ból, który powoli rozchodzi się po całym twoim ciele. Wiesz, że umierasz. Wiesz, że jesteś sam na sam z katem. Wiesz, że nikt ci nie pomoże. I gdy już powoli godzisz się z własną śmiercią w oddali zauważasz małe światełko zbliżające się w waszą stronę, a uścisk nieznanego bytu powoli traci na sile. Upadasz na ziemię i przez chwile wydaje ci się, że brodzisz w błocie. Jesteś zupełnie sam. Istota zniknęła. Rozpłynęła się w powietrzu. Stajesz na nogi, a przed sobą widzisz drzwi. Sądząc, że nie masz nic do stracenia ostrożnie do nich podchodzisz, a dłonią delikatnie przejeżdżasz po klamce jeszcze chwilę się wahając. Otwierasz je, a wielka struga światła wychodząca z nich cię oślepia. Znów budzisz się w środku nocy, a twoje ciało przeszywa przerażający dreszcz...
poniedziałek, 10 marca 2014
Wyglądała na silną osobę, twardo stąpającą po ziemi, mającą wszystko pod kontrolą i nie mającą problemów. Jednak tkwiło w niej dziecko, które desperacko potrzebowało zrozumienie i miłości..
- Hej, mała, nie płacz. Nie warto. To dupek.
- Najbardziej przystojny dupek jakiego widziałam...
- Ale dupek.
- Przestań!
- Zobacz jak cię traktuje. Ja nigdy nie potraktowałbym tak swojej dziewczyny...
- Ja mu dałam powód.
- Bzdura!
- To moja wina. Nie jestem dla niego dziewczyną na jaką zasługuje.
- Aniele, jesteś najwspanialszą osobą jaką znam, to on nie zasługuje na ciebie.
- Ehh..Nic nie rozumiesz. Widzę go zawsze i wszędzie, nawet gdy nie chcę o nim myśleć i tak moja podświadomość mi go podsuwa obsuwając grunt pod moimi nogami. Siadam wtedy w najciemniejszym kącie pokoju, zwijam się w kłębek, obejmując dłońmi kolana i zanosząc się płaczem, czuję jak moje serce z każdym wspomnieniem o nim rozpada się coraz bardziej, a ja sama nie dam rady go pozbierać. Czuję się jakbym była w wielkim, specjalnie dla mnie wykopanym, w chuj głębokim tunelu. Naprawdę głębokim... Z każdym wspomnieniem, z każdą myślą o nim i marzeniem, by jeszcze raz wszystko wróciło, marzeniem, które nigdy nie zostanie spełnione niewidzialna płyta, która utrzymywała mnie w górze, spada o stopień niżej sprawiając, że jestem już tak cholernie nisko, głęboko, w tak cholernej czarnej dupie... Nie mam drabiny. Nawet nie wiem, czy miałabym siłę, by chwycić szczeble owej drabiny i po niej wejść... Widzisz, pomimo wielu starań i tak nie dam rady się wydostać. Oddałam mu siebie, swoje serce... Odchodząc, pozbawił mnie wszystkiego. Jestem wrakiem człowieka. Upadłam tak nisko, że nie spodziewałam się, że będę w stanie zrobić niektóre rzeczy, sięgnąć po nie kruchą, drżącą i skaleczoną dłonią...
- Aniele. Proszę... Masz mnie i zawsze możesz na mnie liczyć. Wstań na nogi, wyciągnij rękę, a ja złapię cię za nią i delikatnie pociągnę, byś nie spadła niżej... Obiecuję.
- Haha... Otrzesz moje łzy? Ja pragnę się przytulić, naprawdę już do kogokolwiek. Chcę tylko poczuć się bezpieczna, nie bać się, że po każdym kolejnym kroku zacznę bardziej tracić oddech. Chcę poczuć się potrzebna, choćby na krótką chwilę. On nie chce mi już tego dać, a ja czuję się jak dziecko, któremu zabrano ukochanego pluszaka. Tak wiele ludzi straciłam w swoim życiu, z każdą stratą jestem słabsza, chociaż powtarzali, że to zrobi ze mnie silną dziewczynę. Nieprawda. Rozpadam się, zdając sobie sprawę, że prawdą jest fakt, że nikt nigdy nie zostanie ze mną do końca, nikt, kto mówi "na zawsze", nie ma tego na myśli i moja osoba nie zasługuje na obecność kogokolwiek, kogo kocham, na kim mi zależy, kogo potrzebuję..
- Maleństwo... Jesteś najcudowniejszą dziewczyną jaką znam i mimo wszystko najsilniejszą... Już od dawna chciałem ci to powiedzieć, ale się bałem. Byłaś szczęśliwa nie chciałem tego niszczyć. Widzisz...Bo ja... Ja cię kocham. Zawsze kochałem. Za wszystko i mimo wszystko. Dla mnie jesteś idealna, chcę być przy tobie niezależnie co się stanie... Zrobię dla ciebie wszystko...
- Przytul mnie mocno i nie puść, tak przez chwilę. Proszę...
- Najbardziej przystojny dupek jakiego widziałam...
- Ale dupek.
- Przestań!
- Zobacz jak cię traktuje. Ja nigdy nie potraktowałbym tak swojej dziewczyny...
- Ja mu dałam powód.
- Bzdura!
- To moja wina. Nie jestem dla niego dziewczyną na jaką zasługuje.
- Aniele, jesteś najwspanialszą osobą jaką znam, to on nie zasługuje na ciebie.
- Ehh..Nic nie rozumiesz. Widzę go zawsze i wszędzie, nawet gdy nie chcę o nim myśleć i tak moja podświadomość mi go podsuwa obsuwając grunt pod moimi nogami. Siadam wtedy w najciemniejszym kącie pokoju, zwijam się w kłębek, obejmując dłońmi kolana i zanosząc się płaczem, czuję jak moje serce z każdym wspomnieniem o nim rozpada się coraz bardziej, a ja sama nie dam rady go pozbierać. Czuję się jakbym była w wielkim, specjalnie dla mnie wykopanym, w chuj głębokim tunelu. Naprawdę głębokim... Z każdym wspomnieniem, z każdą myślą o nim i marzeniem, by jeszcze raz wszystko wróciło, marzeniem, które nigdy nie zostanie spełnione niewidzialna płyta, która utrzymywała mnie w górze, spada o stopień niżej sprawiając, że jestem już tak cholernie nisko, głęboko, w tak cholernej czarnej dupie... Nie mam drabiny. Nawet nie wiem, czy miałabym siłę, by chwycić szczeble owej drabiny i po niej wejść... Widzisz, pomimo wielu starań i tak nie dam rady się wydostać. Oddałam mu siebie, swoje serce... Odchodząc, pozbawił mnie wszystkiego. Jestem wrakiem człowieka. Upadłam tak nisko, że nie spodziewałam się, że będę w stanie zrobić niektóre rzeczy, sięgnąć po nie kruchą, drżącą i skaleczoną dłonią...
- Aniele. Proszę... Masz mnie i zawsze możesz na mnie liczyć. Wstań na nogi, wyciągnij rękę, a ja złapię cię za nią i delikatnie pociągnę, byś nie spadła niżej... Obiecuję.
- Haha... Otrzesz moje łzy? Ja pragnę się przytulić, naprawdę już do kogokolwiek. Chcę tylko poczuć się bezpieczna, nie bać się, że po każdym kolejnym kroku zacznę bardziej tracić oddech. Chcę poczuć się potrzebna, choćby na krótką chwilę. On nie chce mi już tego dać, a ja czuję się jak dziecko, któremu zabrano ukochanego pluszaka. Tak wiele ludzi straciłam w swoim życiu, z każdą stratą jestem słabsza, chociaż powtarzali, że to zrobi ze mnie silną dziewczynę. Nieprawda. Rozpadam się, zdając sobie sprawę, że prawdą jest fakt, że nikt nigdy nie zostanie ze mną do końca, nikt, kto mówi "na zawsze", nie ma tego na myśli i moja osoba nie zasługuje na obecność kogokolwiek, kogo kocham, na kim mi zależy, kogo potrzebuję..
- Maleństwo... Jesteś najcudowniejszą dziewczyną jaką znam i mimo wszystko najsilniejszą... Już od dawna chciałem ci to powiedzieć, ale się bałem. Byłaś szczęśliwa nie chciałem tego niszczyć. Widzisz...Bo ja... Ja cię kocham. Zawsze kochałem. Za wszystko i mimo wszystko. Dla mnie jesteś idealna, chcę być przy tobie niezależnie co się stanie... Zrobię dla ciebie wszystko...
- Przytul mnie mocno i nie puść, tak przez chwilę. Proszę...
piątek, 7 marca 2014
Wystarczy chwila, by zorientować się ile w życiu popełniliśmy błędów.
- Oddychasz?
- Tak, czemu miałabym nie oddychać? Jest ok, zajebiście.
- No wiesz...Myślałem...
- To nie myśl...
- Wystarczy jedno słowo, bym...
- Nie, jest dobrze. Cieszę się z twojego szczęścia.
- To czemu masz szklane oczy?
- To ze szczęścia, ze szczęścia...Tak, szczęścia...
"Tak naprawdę rozpierdala mnie od środka"
- Ach, bałem się, że nie zrozumiesz. Dziękuję.
"Dupek."
- No widzisz, nie jestem taka zła.
- Możesz ją poznać jeśli tylko chcesz. Zobaczysz jaka jest cudowna.
"Jedyną rzeczą o której marzę to poznać tę sukę..."
- Spoko. Jeszcze się zdzwonimy w tej sprawie na razie nacieszcie się sobą.
"Boże, co ja plotę"
- Jesteś najlepszą przyjaciółką jaką miałem, wiesz?
" PRZYJACIÓŁKĄ! PRZYJACIÓŁKĄ! Błagam nie utrudniaj mi"
- To miłe z twojej strony.
- Pamiętaj, że zawsze możesz na mnie liczyć.
' Jeżeli masz odejść to idź. Odpuśćmy sobie te zbędne ceregiele."
- Słyszałaś? ZAWSZE.
- Słyszałam. Dziękuję.
'Po co ta ręka na moim kolanie?"
- Jesteś jakaś nieswoja...Powiedz mi co naprawdę czujesz...
"Teraz mam mówić co czuję?! TERAZ GDY JESTEŚ SZCZĘŚLIWY! Chcesz wiedzieć? Chcesz wiedzieć kurwa?! Czuję pustkę. Ból rozpierdala mnie od środka. Patrzę jak odchodzi ktoś kogo kocham. Trudno mi oddychać, czuję się tak jakbym w krtani miała miliard dopiero co naostrzonych noży. Pozwalam ci odejść, bo cię kocham kretynie. KOCHAM! kOcHaM! Przeliterować?! Kocham cię tak mocno, że wolę być na zawsze nieszczęśliwą niż zniszczyć ci życie swoją miłością."
- Naprawdę jestem szczęśliwa, że ci się układa. Bardzo się cieszę z tego powodu.
- Nie mogę się doczekać kiedy ją zobaczysz...
- Ja też. Ja też... O mój Boże! Jak późno. Widzisz, bo ja muszę już lecieć...
- Jak to?
- Eeee....Bo ja...No bo...Ja muszę...Zapomniałam. Tak, zapomniałam. Umówiłam się z koleżanką. Pewnie już na mnie czeka.
- Hej! Gdzie biegniesz?! Poczekaj! Odprowadzę cię!
- Nie, lepiej nie. Nie trzeba. To niedaleko. Wracaj do domu.
" Nie idź za mną, nie idź za mną"
- Zadzwonisz?
- Tak, zdzwonimy się...Pozdrów ją ode mnie.
"Kurwa jak ja jej zazdroszczę"
- Trzymaj się Aniele.
"Trafne, nie powiem. Mam po czym..."
- Dobrze już dobrze. Już jestem spóźniona.
"ODESZŁA. Tak po prostu. Bez fanfar. Bez efektów specjalnych. Po cichu. Mój świat się zawalił. Źle zrobiłem. Nie wytrzymam bez niej. Rozczarowałem ją. Tak długo na nią czekałem, może to jednak za krótko. Eh..Zraniłem dwie osoby. Osobę, którą kocham i osobę z którą jestem dlatego, bo ona kocha mnie. Zabawiłem się uczuciami. Boże, przecież ja bez niej nie wytrzymam."
- POCZEKAJ! PROSZĘ!
"Cholerny zgiełk na ulicy"
- Ej! Czekaj! Proszę!
" Nie wsiadaj do tego autobusu...Już wtedy cię nigdy nie zobaczę..."
- BŁAGAM NIE!
"WSIADŁA"
- Tak, czemu miałabym nie oddychać? Jest ok, zajebiście.
- No wiesz...Myślałem...
- To nie myśl...
- Wystarczy jedno słowo, bym...
- Nie, jest dobrze. Cieszę się z twojego szczęścia.
- To czemu masz szklane oczy?
- To ze szczęścia, ze szczęścia...Tak, szczęścia...
"Tak naprawdę rozpierdala mnie od środka"
- Ach, bałem się, że nie zrozumiesz. Dziękuję.
"Dupek."
- No widzisz, nie jestem taka zła.
- Możesz ją poznać jeśli tylko chcesz. Zobaczysz jaka jest cudowna.
"Jedyną rzeczą o której marzę to poznać tę sukę..."
- Spoko. Jeszcze się zdzwonimy w tej sprawie na razie nacieszcie się sobą.
"Boże, co ja plotę"
- Jesteś najlepszą przyjaciółką jaką miałem, wiesz?
" PRZYJACIÓŁKĄ! PRZYJACIÓŁKĄ! Błagam nie utrudniaj mi"
- To miłe z twojej strony.
- Pamiętaj, że zawsze możesz na mnie liczyć.
' Jeżeli masz odejść to idź. Odpuśćmy sobie te zbędne ceregiele."
- Słyszałaś? ZAWSZE.
- Słyszałam. Dziękuję.
'Po co ta ręka na moim kolanie?"
- Jesteś jakaś nieswoja...Powiedz mi co naprawdę czujesz...
"Teraz mam mówić co czuję?! TERAZ GDY JESTEŚ SZCZĘŚLIWY! Chcesz wiedzieć? Chcesz wiedzieć kurwa?! Czuję pustkę. Ból rozpierdala mnie od środka. Patrzę jak odchodzi ktoś kogo kocham. Trudno mi oddychać, czuję się tak jakbym w krtani miała miliard dopiero co naostrzonych noży. Pozwalam ci odejść, bo cię kocham kretynie. KOCHAM! kOcHaM! Przeliterować?! Kocham cię tak mocno, że wolę być na zawsze nieszczęśliwą niż zniszczyć ci życie swoją miłością."
- Naprawdę jestem szczęśliwa, że ci się układa. Bardzo się cieszę z tego powodu.
- Nie mogę się doczekać kiedy ją zobaczysz...
- Ja też. Ja też... O mój Boże! Jak późno. Widzisz, bo ja muszę już lecieć...
- Jak to?
- Eeee....Bo ja...No bo...Ja muszę...Zapomniałam. Tak, zapomniałam. Umówiłam się z koleżanką. Pewnie już na mnie czeka.
- Hej! Gdzie biegniesz?! Poczekaj! Odprowadzę cię!
- Nie, lepiej nie. Nie trzeba. To niedaleko. Wracaj do domu.
" Nie idź za mną, nie idź za mną"
- Zadzwonisz?
- Tak, zdzwonimy się...Pozdrów ją ode mnie.
"Kurwa jak ja jej zazdroszczę"
- Trzymaj się Aniele.
"Trafne, nie powiem. Mam po czym..."
- Dobrze już dobrze. Już jestem spóźniona.
"ODESZŁA. Tak po prostu. Bez fanfar. Bez efektów specjalnych. Po cichu. Mój świat się zawalił. Źle zrobiłem. Nie wytrzymam bez niej. Rozczarowałem ją. Tak długo na nią czekałem, może to jednak za krótko. Eh..Zraniłem dwie osoby. Osobę, którą kocham i osobę z którą jestem dlatego, bo ona kocha mnie. Zabawiłem się uczuciami. Boże, przecież ja bez niej nie wytrzymam."
- POCZEKAJ! PROSZĘ!
"Cholerny zgiełk na ulicy"
- Ej! Czekaj! Proszę!
" Nie wsiadaj do tego autobusu...Już wtedy cię nigdy nie zobaczę..."
- BŁAGAM NIE!
"WSIADŁA"
sobota, 8 lutego 2014
Upadłe Anioły...
Siedziała w kącie małego, ciemnego pokoiku i z obłędem w oczach patrzyła na szare, rozdrapane ściany. Gdy usłyszała szmer w zamku, skuliła się w kłębek i jeszcze bardziej przylgnęła do kąta. W jednej chwili dwóch postawnych mężczyzn, mocnym uściskiem poderwało ją do góry. Nawet nie drgnęła, wiedziała czym ta niesubordynacja mogłaby się skończyć, nie miała zamiaru popełniać drugi raz tego samego błędu. Nim spostrzegła, siedziała już na wózku przypięta mocnymi, skórzanymi pasami i jechała w to samo miejsce co wczoraj.
- Patrzcie jedzie nowa! - Krzyknęła stojąca w korytarzu kobieta. Jej ręce drżały, a oczy były zaczerwienione od podawanych jej leków. - Co zrobiłaś słonko ? - niespodziewanie wózek zahamował, a nieznajoma stanęła z nią twarzą w twarz, zawzięcie trzymając wózek dziewczyny.
- Zabierz ją !- wrzasnął jeden z mężczyzn do pielęgniarki będącej w recepcji. Niska, grubiutka kobieta o delikatnych rysach i twarzy okrąglutkiej jak piłeczka, kolebiąc się na boki podeszła do chorej i złapała ją pod rękę obdarowując ją przy tym pięknym uśmiechem.
- Na drugi raz tak się nie grzeb... - powiedział pielęgniarz, który schylił się, by sprawdzić czy pasy przy wózku nadal są zapięte.
- Na drugi raz tak się nie grzeb...- przedrzeźniała go chora kobieta, trzymając za rękę pielęgniarkę na której plakietce widniało imię Hortensja.
- Wariatka... - wymamrotał zaciskając mocniej pasy.
Dziewczyną jęknęła z bólu.
- Boli? - spytał, a na jego pozornie sympatycznej twarzy pojawił się szyderczy uśmiech. - Jak mi przykro...- zaśmiał się i zaciągnął pas najściślej jak tylko się dało, po czym jego lewa dłoń powędrowała w stronę jej krocza. - Podobno lubisz zadawać sobie ból... -powiedział, bez wstydu i pewnością siebie patrząc w jej bezbronny wzrok. - Dziś w nocy mam dyżur...-jego oczy błysnęły.
- Pierdol się... - wrzasnęła i bez skrupułów napluła mu na twarz.
- Ty wredna....- gwałtownie podniósł rękę by ją uderzyć jednak ktoś mocno go za nią złapał.
- Właśnie się zastanawiałem czemu tak długo do mnie idziecie...
- Przepraszam, ale pacjentka zaczęła robić problemy, a gdy chciałem ją uspokoić napluła na mnie - skłamał, wyrywając rękę z mocnego uścisku Doktora Wokulskiego, który od razu złapał go za fartuch i przyciągnął do siebie.
- Słuchaj gówniarzu, dobrze wiem co robisz z tu przebywającymi dziewczynami, gdyby nie to, że jesteś synem dyrektora tego szpitala już dawno byś się znalazł w jednym z tych pokoi bez klamek, których jest tu pełno...
- Grozi mi Pan? Zabawne...
- Kiedyś wpadniesz... - puścił chłopaka, który od razu poprawił swoją białą koszulę.
- Powiem ojcu co Pan zrobił...
- Zapraszam... Ja wtedy wyślę list do osób wyższych od twojego tatusia i razem z nim stąd wylecisz. Gdybym tylko miał dowody już dawno, by cię tu nie było.
Chłopak parsknął śmiechem po czym odwrócił się na pięcie i pewnym krokiem odszedł w drugą stronę korytarza.
- Nic ci nie jest? - ukucnął przy Nadzie i popuścił pasy.
Pacjentka pokiwała przecząco głową.
- On cię nie dotknie. Obiecuję...
- Innym też to Doktorek obiecywał?
- Nie mogę mu nic zrobić...
- Można wszystko jeżeli tylko się tego chce.
- Jego ojciec to zatuszuje, jest to walka z wiatrakami.
Dziewczyna szyderczo się uśmiechnęła.
- Jest Doktorek taki sam jak on... Przyglądając się temu bierze Pan w tym udział, a niby takie to święte...
Wjechali do jego gabinetu. Pokój był schludny. Brązowe, skórzane fotele na środku dywanu, przy dużym oknie z widokiem na ogród stała komoda z kartami pacjentów, których leczy, a na przeciwko okna mahoniowe biurko na którym leżała sterta dokumentów przykrywająca klawiaturę od komputera.
- To o czym chcesz dziś porozmawiać? - jego ociężałe ciało opadło na jedno z siedzeń jak kamień lecący z dużej wysokości. - A więc...?
- Nie odepnie mnie Pan? - z desperacją w oczach spojrzała na pasy, które mocno przylegały do jej dłoni. Tak długo to planowała. Tak bardzo była pewna, że dziś jej się uda. Tak bardzo pragnęła ich wszystkich przechytrzyć i zniknąć z tego pieprzonego świata. Właśnie przez to się tu znalazła... Każda część jej duszy marzyła tylko o tym, by w końcu ze sobą skończyć. Właśnie dlatego się tu znalazła. Wiedziała, że gdzieś w tym bałaganem na biurku znajdują się nożyczki, niby niepozorny przedmiot,ale już można go użyć, by spełnić jej największe marzenie...
- Dobrze wiesz, że ten wózek nie byłby potrzebny gdyby nie ostatni incydent, który tu zrobiłaś.
"FUCK. Pamiętał... Wymyśl jakąś wymówkę. Przecież marzysz o tym, by dołączyć do nas..."
- Nado, nie mogę cię odpiąć. Znasz zasadny.
- Bolą mnie dłonie... - wybełkotała przez łzy. Wiedziała, że dziś tego nie zrobi, że nie da rady go przekonać. Była zrozpaczona, że znów będzie musiała czekać do kolejnej dobrej okazji, by zejść z tego świata. Okazji, która równie dobrze może nigdy nie nadjeść i będzie musiała żyć ze swoim prześladowcą.
- Nie udawaj. Popuściłem pasy...
Po pokoju rozniosło się pukanie do drzwi.
- Nie teraz mam pacjentkę.
Drzwi szeroko się otworzyły, a do gabinetu weszła okrąglutka Hortensja.
- Panie Wokulski, pacjent z 204 cały czas szaleje. Nie możemy go uspokoić.
- Podajcie mu leki.
- Wszystko wypluwa, mówi, że chce rozmawiać tylko z Panem.
- Dobrze już. Zaraz będę. Nie wchodźcie do niego dopóki nie przyjdę.
Pielęgniarka przytaknęła i zostawiając otwarte drzwi szybko wybiegła przekazać informację reszcie.
- Przez ten czas pomyśl, czy w końcu ze mną normalnie porozmawiasz... Jesteś młoda, bystra, możesz wiele osiągnąć...Szkoda tracić kogoś takiego jak ty. - powiedział podchodząc do wyjścia.
- Niech mnie Pan nie zostawia...- poprosiła z żalem i przerażeniem w głosie. - Pan nic nie rozumie...
- Bo nie dajesz mi zrozumieć.
- Oni tu przyjdą...
- Nado, jak wyjdę będziesz tu sama.
- Sama ze swoją wyobraźnią i głosem w głowie. Za dużo tu nas.
- Wyobraźnia nic ci nie zrobi. Nikt nie siedzi w twojej głowie. Uwierz w to w końcu.
- Proszę. Nie chcę być sama. Już za długo z tym wszystkim byłam sama...
- Zaraz wrócę. - powiedział, powoli znikając za zamykającymi się drzwiami.
- Pan nie rozumie, że jeżeli ja nie zabiję się sama, zrobią to oni, oni nie chcą bym żyła ...
Drzwi się zamknęły. Nie słyszał...
Błoga cisza roznosiła się po gabinecie. Dziewczyna siedziała przerażona patrząc jak martwa w jeden punkt. Wiedziała, że to się zaraz zacznie i znowu nikt jej nie uwierzy. Z całej siły zacisnęła powieki, czując jak coś majstruje przy jej pasach.
- Odejdź! - wrzasnęła, nie chcąc otworzyć oczu.
"Jestem cząstką ciebie"
- Proszę... - Wiedziała, że to w końcu nastąpi. Otworzyła oczy. Mogła swobodnie poruszać rękoma.
"Zrób to teraz... ZRÓB!"
- Zostawcie mnie! - chcąc uciec podbiegła do drzwi. Gdy tylko złapała za klamkę zamek został zaryglowany. -Czemu to robicie? - wybełkotała, osuwając się na podłogę.
"Jesteśmy w tobie, to ty nas stworzyłaś, zrób to teraz, zrób!"
- Ja nie chcę. Boję się...
"Zrób to teraz. Zrób, zrób, zrób"
Wszystkie papiery leżące na biurku pod wpływem jakiejś niewidzialnej siły znalazły się na podłodze, a nożyczki, których wcześniej wypatrywała z hukiem wylądowały obok niej.
"To ten dzień, to miejsce to ta godzina"
Po policzkach Nady powoli osuwały się łzy.
- Nie chcę być taka jak wy, nie chcę być tam gdzie wy...
Coś mocno złapało ją za włosy i odrzuciło na drugą stronę pokoju.
"Teraz, natychmiast, już!"
Resztkami sił, wstała na nogi, podtrzymując się na biurku.
- Nie chcę być z wami... - powiedziała, wypluwając krew z ust.
"Trzeba było pomyśleć wcześniej"
W gabinecie rozbrzmiał złowrogi śmiech, a szyba z okna rozprysnęła się na kawałki, raniąc dziewczynę.
"Nie będziesz z nami pogrywać. Nas się nie zostawia"
Nieznany byt złapał ją za obie ręce, tarmosząc jej ciałem jak prześcieradłem i coraz bardziej zbliżając się do wybitego okna.
" Nie chcesz sama zrobimy to my."
Ktoś mocno szarpnął za klamkę.
- Nada, co się dzieje, co to za hałasy? Otwórz drzwi, proszę...- Doktor Wokulski na próżno próbował otworzyć zaryglowane drzwi.
"On ci nie pomoże..."
Dziewczyna zamknęła oczy. Wiedziała, że to już koniec, że nie dała rady. Poddała się i czekała na swoje przeznaczenie. Upadając nie czuła już nic. NIE ŻYŁA.
*************************************************
- Panie Wokulski... - Hortensja zajrzała do jego gabinetu.
Mężczyzna siedział zamyślony, Wpatrując się w okno jak w wielką otchłań.
- W pokoju tej samobójczyni znaleziono jej pamiętnik...
- Słucham? - spytał, wytrącony z transu.
- Nie wiem czy jest to ważne, ale uznałam, że zanim przyjadą jej rodzice, mógłby Pan go przejrzeć- położyła notatnik na jego biurku.
- Tak, tak...Dziękuję. - Spojrzał na czarny, gruby, skórzany notes. Otwierając go na jedynej uzupełnionej stronie:
Dzień 1: Wcześniej obiecali, że nic mi nie zrobią...Znów kłamali.
Dzień 2: Niepotrzebnie pozwoliłam zawładnąć mą duszą.
Dzień 3: Niezdarnie próbuję się z tego wyplątać.
Dzień 4: NA PRÓŻNO, ZA PÓŹNO...
Dzień 5: Już dawno przekroczyłam granicę piekła.
Dzień 6: Jestem tu sama. NIEKOCHANA I SAMA...
Dzień 7: CZEMU NIKT MI NIE WIERZY?!
Odetchnął zamykając pamiętnik.
- Nie byłaś tu sama... -mruknął, zastanawiając się co ją spotkało, że została doprowadzona do tak dużego obłędu, by być w stanie odebrać sobie życie, że tak bardzo tego pragnęła, a jednocześnie tak bardzo się tego bała... Logiczne myślenie coraz bardziej go zawodziło, nie potrafił tego pojąć. Kartki jej pamiętnika, pod wpływem delikatnego powiewu poruszyły się, a w jego uszach zabrzmiał delikatny, rozżalony kobiecy głos...
"Jestem upadłym aniołem, wychodzę pod osłoną nocy, by uświadomić ludziom jak bardzo boją się jutra.
Jestem upadłym aniołem, zdradziłam Boga, oddając się w ręce tych, którzy już zawsze przy mnie będą, codziennie raniąc jeszcze mocniej.
Jestem upadłym aniołem, marzyłam o śmierci, bo chciałam mieć święty spokój, jednak na to trzeba zasłużyć.
Jestem upadłym aniołem, zaplątanym w sieci Księcia Ciemności, nie znajduję sił, by się stąd wydostać."
ZROZUMIAŁ...
- Patrzcie jedzie nowa! - Krzyknęła stojąca w korytarzu kobieta. Jej ręce drżały, a oczy były zaczerwienione od podawanych jej leków. - Co zrobiłaś słonko ? - niespodziewanie wózek zahamował, a nieznajoma stanęła z nią twarzą w twarz, zawzięcie trzymając wózek dziewczyny.
- Zabierz ją !- wrzasnął jeden z mężczyzn do pielęgniarki będącej w recepcji. Niska, grubiutka kobieta o delikatnych rysach i twarzy okrąglutkiej jak piłeczka, kolebiąc się na boki podeszła do chorej i złapała ją pod rękę obdarowując ją przy tym pięknym uśmiechem.
- Na drugi raz tak się nie grzeb... - powiedział pielęgniarz, który schylił się, by sprawdzić czy pasy przy wózku nadal są zapięte.
- Na drugi raz tak się nie grzeb...- przedrzeźniała go chora kobieta, trzymając za rękę pielęgniarkę na której plakietce widniało imię Hortensja.
- Wariatka... - wymamrotał zaciskając mocniej pasy.
Dziewczyną jęknęła z bólu.
- Boli? - spytał, a na jego pozornie sympatycznej twarzy pojawił się szyderczy uśmiech. - Jak mi przykro...- zaśmiał się i zaciągnął pas najściślej jak tylko się dało, po czym jego lewa dłoń powędrowała w stronę jej krocza. - Podobno lubisz zadawać sobie ból... -powiedział, bez wstydu i pewnością siebie patrząc w jej bezbronny wzrok. - Dziś w nocy mam dyżur...-jego oczy błysnęły.
- Pierdol się... - wrzasnęła i bez skrupułów napluła mu na twarz.
- Ty wredna....- gwałtownie podniósł rękę by ją uderzyć jednak ktoś mocno go za nią złapał.
- Właśnie się zastanawiałem czemu tak długo do mnie idziecie...
- Przepraszam, ale pacjentka zaczęła robić problemy, a gdy chciałem ją uspokoić napluła na mnie - skłamał, wyrywając rękę z mocnego uścisku Doktora Wokulskiego, który od razu złapał go za fartuch i przyciągnął do siebie.
- Słuchaj gówniarzu, dobrze wiem co robisz z tu przebywającymi dziewczynami, gdyby nie to, że jesteś synem dyrektora tego szpitala już dawno byś się znalazł w jednym z tych pokoi bez klamek, których jest tu pełno...
- Grozi mi Pan? Zabawne...
- Kiedyś wpadniesz... - puścił chłopaka, który od razu poprawił swoją białą koszulę.
- Powiem ojcu co Pan zrobił...
- Zapraszam... Ja wtedy wyślę list do osób wyższych od twojego tatusia i razem z nim stąd wylecisz. Gdybym tylko miał dowody już dawno, by cię tu nie było.
Chłopak parsknął śmiechem po czym odwrócił się na pięcie i pewnym krokiem odszedł w drugą stronę korytarza.
- Nic ci nie jest? - ukucnął przy Nadzie i popuścił pasy.
Pacjentka pokiwała przecząco głową.
- On cię nie dotknie. Obiecuję...
- Innym też to Doktorek obiecywał?
- Nie mogę mu nic zrobić...
- Można wszystko jeżeli tylko się tego chce.
- Jego ojciec to zatuszuje, jest to walka z wiatrakami.
Dziewczyna szyderczo się uśmiechnęła.
- Jest Doktorek taki sam jak on... Przyglądając się temu bierze Pan w tym udział, a niby takie to święte...
Wjechali do jego gabinetu. Pokój był schludny. Brązowe, skórzane fotele na środku dywanu, przy dużym oknie z widokiem na ogród stała komoda z kartami pacjentów, których leczy, a na przeciwko okna mahoniowe biurko na którym leżała sterta dokumentów przykrywająca klawiaturę od komputera.
- To o czym chcesz dziś porozmawiać? - jego ociężałe ciało opadło na jedno z siedzeń jak kamień lecący z dużej wysokości. - A więc...?
- Nie odepnie mnie Pan? - z desperacją w oczach spojrzała na pasy, które mocno przylegały do jej dłoni. Tak długo to planowała. Tak bardzo była pewna, że dziś jej się uda. Tak bardzo pragnęła ich wszystkich przechytrzyć i zniknąć z tego pieprzonego świata. Właśnie przez to się tu znalazła... Każda część jej duszy marzyła tylko o tym, by w końcu ze sobą skończyć. Właśnie dlatego się tu znalazła. Wiedziała, że gdzieś w tym bałaganem na biurku znajdują się nożyczki, niby niepozorny przedmiot,ale już można go użyć, by spełnić jej największe marzenie...
- Dobrze wiesz, że ten wózek nie byłby potrzebny gdyby nie ostatni incydent, który tu zrobiłaś.
"FUCK. Pamiętał... Wymyśl jakąś wymówkę. Przecież marzysz o tym, by dołączyć do nas..."
- Nado, nie mogę cię odpiąć. Znasz zasadny.
- Bolą mnie dłonie... - wybełkotała przez łzy. Wiedziała, że dziś tego nie zrobi, że nie da rady go przekonać. Była zrozpaczona, że znów będzie musiała czekać do kolejnej dobrej okazji, by zejść z tego świata. Okazji, która równie dobrze może nigdy nie nadjeść i będzie musiała żyć ze swoim prześladowcą.
- Nie udawaj. Popuściłem pasy...
Po pokoju rozniosło się pukanie do drzwi.
- Nie teraz mam pacjentkę.
Drzwi szeroko się otworzyły, a do gabinetu weszła okrąglutka Hortensja.
- Panie Wokulski, pacjent z 204 cały czas szaleje. Nie możemy go uspokoić.
- Podajcie mu leki.
- Wszystko wypluwa, mówi, że chce rozmawiać tylko z Panem.
- Dobrze już. Zaraz będę. Nie wchodźcie do niego dopóki nie przyjdę.
Pielęgniarka przytaknęła i zostawiając otwarte drzwi szybko wybiegła przekazać informację reszcie.
- Przez ten czas pomyśl, czy w końcu ze mną normalnie porozmawiasz... Jesteś młoda, bystra, możesz wiele osiągnąć...Szkoda tracić kogoś takiego jak ty. - powiedział podchodząc do wyjścia.
- Niech mnie Pan nie zostawia...- poprosiła z żalem i przerażeniem w głosie. - Pan nic nie rozumie...
- Bo nie dajesz mi zrozumieć.
- Oni tu przyjdą...
- Nado, jak wyjdę będziesz tu sama.
- Sama ze swoją wyobraźnią i głosem w głowie. Za dużo tu nas.
- Wyobraźnia nic ci nie zrobi. Nikt nie siedzi w twojej głowie. Uwierz w to w końcu.
- Proszę. Nie chcę być sama. Już za długo z tym wszystkim byłam sama...
- Zaraz wrócę. - powiedział, powoli znikając za zamykającymi się drzwiami.
- Pan nie rozumie, że jeżeli ja nie zabiję się sama, zrobią to oni, oni nie chcą bym żyła ...
Drzwi się zamknęły. Nie słyszał...
Błoga cisza roznosiła się po gabinecie. Dziewczyna siedziała przerażona patrząc jak martwa w jeden punkt. Wiedziała, że to się zaraz zacznie i znowu nikt jej nie uwierzy. Z całej siły zacisnęła powieki, czując jak coś majstruje przy jej pasach.
- Odejdź! - wrzasnęła, nie chcąc otworzyć oczu.
"Jestem cząstką ciebie"
- Proszę... - Wiedziała, że to w końcu nastąpi. Otworzyła oczy. Mogła swobodnie poruszać rękoma.
"Zrób to teraz... ZRÓB!"
- Zostawcie mnie! - chcąc uciec podbiegła do drzwi. Gdy tylko złapała za klamkę zamek został zaryglowany. -Czemu to robicie? - wybełkotała, osuwając się na podłogę.
"Jesteśmy w tobie, to ty nas stworzyłaś, zrób to teraz, zrób!"
- Ja nie chcę. Boję się...
"Zrób to teraz. Zrób, zrób, zrób"
Wszystkie papiery leżące na biurku pod wpływem jakiejś niewidzialnej siły znalazły się na podłodze, a nożyczki, których wcześniej wypatrywała z hukiem wylądowały obok niej.
"To ten dzień, to miejsce to ta godzina"
Po policzkach Nady powoli osuwały się łzy.
- Nie chcę być taka jak wy, nie chcę być tam gdzie wy...
Coś mocno złapało ją za włosy i odrzuciło na drugą stronę pokoju.
"Teraz, natychmiast, już!"
Resztkami sił, wstała na nogi, podtrzymując się na biurku.
- Nie chcę być z wami... - powiedziała, wypluwając krew z ust.
"Trzeba było pomyśleć wcześniej"
W gabinecie rozbrzmiał złowrogi śmiech, a szyba z okna rozprysnęła się na kawałki, raniąc dziewczynę.
"Nie będziesz z nami pogrywać. Nas się nie zostawia"
Nieznany byt złapał ją za obie ręce, tarmosząc jej ciałem jak prześcieradłem i coraz bardziej zbliżając się do wybitego okna.
" Nie chcesz sama zrobimy to my."
Ktoś mocno szarpnął za klamkę.
- Nada, co się dzieje, co to za hałasy? Otwórz drzwi, proszę...- Doktor Wokulski na próżno próbował otworzyć zaryglowane drzwi.
"On ci nie pomoże..."
Dziewczyna zamknęła oczy. Wiedziała, że to już koniec, że nie dała rady. Poddała się i czekała na swoje przeznaczenie. Upadając nie czuła już nic. NIE ŻYŁA.
*************************************************
- Panie Wokulski... - Hortensja zajrzała do jego gabinetu.
Mężczyzna siedział zamyślony, Wpatrując się w okno jak w wielką otchłań.
- W pokoju tej samobójczyni znaleziono jej pamiętnik...
- Słucham? - spytał, wytrącony z transu.
- Nie wiem czy jest to ważne, ale uznałam, że zanim przyjadą jej rodzice, mógłby Pan go przejrzeć- położyła notatnik na jego biurku.
- Tak, tak...Dziękuję. - Spojrzał na czarny, gruby, skórzany notes. Otwierając go na jedynej uzupełnionej stronie:
Dzień 1: Wcześniej obiecali, że nic mi nie zrobią...Znów kłamali.
Dzień 2: Niepotrzebnie pozwoliłam zawładnąć mą duszą.
Dzień 3: Niezdarnie próbuję się z tego wyplątać.
Dzień 4: NA PRÓŻNO, ZA PÓŹNO...
Dzień 5: Już dawno przekroczyłam granicę piekła.
Dzień 6: Jestem tu sama. NIEKOCHANA I SAMA...
Dzień 7: CZEMU NIKT MI NIE WIERZY?!
Odetchnął zamykając pamiętnik.
- Nie byłaś tu sama... -mruknął, zastanawiając się co ją spotkało, że została doprowadzona do tak dużego obłędu, by być w stanie odebrać sobie życie, że tak bardzo tego pragnęła, a jednocześnie tak bardzo się tego bała... Logiczne myślenie coraz bardziej go zawodziło, nie potrafił tego pojąć. Kartki jej pamiętnika, pod wpływem delikatnego powiewu poruszyły się, a w jego uszach zabrzmiał delikatny, rozżalony kobiecy głos...
"Jestem upadłym aniołem, wychodzę pod osłoną nocy, by uświadomić ludziom jak bardzo boją się jutra.
Jestem upadłym aniołem, zdradziłam Boga, oddając się w ręce tych, którzy już zawsze przy mnie będą, codziennie raniąc jeszcze mocniej.
Jestem upadłym aniołem, marzyłam o śmierci, bo chciałam mieć święty spokój, jednak na to trzeba zasłużyć.
Jestem upadłym aniołem, zaplątanym w sieci Księcia Ciemności, nie znajduję sił, by się stąd wydostać."
ZROZUMIAŁ...
wtorek, 28 stycznia 2014
"...I ŻYLI DŁUGO I SZCZĘŚLIWE..."
Usiadła przy pianinie i opuszkami palców delikatnie dotknęła klawiszy. Dźwięk rozniósł się po pokoju, rozpływając w przesyconym wilgocią powietrzu i otaczając ją jak ciepły, letni wiatr. Zamknęła oczy, a jej ciało przeszedł przyjemny dreszcz. Palce błądziły po instrumencie, a z każdą odegraną nutą wylewała grzechy jakie udało jej się w tym dniu popełnić. W jednej sekundzie jej ciemne jak otchłań oczy zaszły łzami. Zrozumiała, że nie da rady dłużej się męczyć. Przestała grać i mocno trzasnęła wiekiem od pianina. Wszystko wokoło przypominało jej o chwilach spędzonych razem z nim. Z człowiekiem, który był dla niej całym życiem bez którego nie jest teraz w stanie normalnie funkcjonować, a to co kiedyś sprawiało jej przyjemność nie ma już żadnego znaczenia. Wstała i chwiejnym krokiem ruszyła do okna. Ogród w którym spędzili najpiękniejsze chwile swojego związku budził się pod wpływem wiosny, która zbliżała się wielkimi krokami. Przez łzy widziała tylko zarysy rozkwitających drzew i krzewów, a po jej głowie chodziły wszelkiego rodzaju wspomnienia. Pomimo, że przestała grać w jej uszach dalej bębniła przytłaczająca piosenka, która jeszcze niedawno kojarzyła jej się z osobą, której zawierzyła całe swoje wnętrze. Melodia, która wcześniej była dla niej ukojeniem stała się korną cierniową otaczającą wrak, który śmiała zwać sercem. Powoli osunęła się na podłogę w najciemniejszym kącie pokoju. Wypełniona żalem, nienawiścią i cierpieniem zamykała się w sobie, była słaba psychicznie, podatna na depresję i ból istnienia. Już nic nie sprawiało jej radości. Odkąd ją zostawił nie było dnia by nie płakała. Siedziała zamknięta w czterech ścianach, w domu, który razem kupili, w mieszkaniu, które miało być bezpieczną przystanią, a okazał się więzieniem dla jej ciała i duszy. Przebywała w celi z której nie potrafiła się wydostać pomimo tego, że klucze były w zamku i wystarczyło tylko chcieć po nie sięgnąć. Jednak nie mogła odejść. W budynku w którym przebywała pozostał nie tylko ból, ale również miłe wspomnienia utrzymujące ją przy życiu. Jedyne do czego była zdolna to do wracania w przeszłość. Po tym wszystkim nie potrafiła ułożyć sobie życia, nie umiała spoglądać w przyszłość, nawet teraźniejszość nie była już dla niej ważna. Żyła w bajce mydlanej, do której nikogo i nic nie wpuszczała, a w środku otaczały ją przewijające się obrazy, do których za wszelką cenę chciała się dostać. Jeszcze nigdy tak bardzo nie chciała, aby coś powróciło. Oddałaby dusze diabłu, by wejść do jednego swojego wspomnienia i zostać w nim na zawsze. Uciec od problemów, zamknąć się w sobie, zniknąć, od tak, tak po prostu...Po raz kolejny przeżyć to co sprawiało, że jej istnienie nabierało barw. Stawało się życiem równie udanym jak te z bajek... Tylko bajki kończą się słowami "..i żyli długo i szczęśliwie..." Ta bajka nie skończyła się szczęśliwie. Dziewczyna zmarła. Zabiła ją samotność.
Spytacie o morał?
W tym właśnie widać jak duży wpływ ma na nas drugi człowiek. Do jakiego stanu musi być doprowadzona jedna bezbronna i delikatna istota, by zabrać sobie to co ma najcenniejsze, to co dostała zupełnie za darmo...BY ZREZYGNOWAĆ Z ŻYCIA.
Spytacie o morał?
W tym właśnie widać jak duży wpływ ma na nas drugi człowiek. Do jakiego stanu musi być doprowadzona jedna bezbronna i delikatna istota, by zabrać sobie to co ma najcenniejsze, to co dostała zupełnie za darmo...BY ZREZYGNOWAĆ Z ŻYCIA.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
